Arkadia MUD MMORPG

Periodicus numer 25

Rzez Skelliganska, Wywiady z Kagainem i Nivatem

o—————————————————————————–o
| Data wydania: dwudziesty dziewiaty dzien pory Yule |
| |
| |
| /)_(\ |
| ______( 0 0 )______ |
| /_/_/_/\` ' `/\_\_\_\ |
| )’_'( |
| ____.””_””.____ |
| P E R I O D I C U S |
| |
. .
. .
Drodzy Czytelnicy!

Oddaje w Wasze rece kolejny numer Periodicusa, a w
nim duzo o dramatycznej Rzezi Skelliganskiej.

Cala redakcja ubolewa nad kolejna wojna, ktora tym razem
zaistniala miedzy Skellige a Mahakamem. Dziesiatki zabitych,
niezliczona ilosc rannych, wprowadzily w serca cywili strach o
nadchodzace jutro.

Pragne zaznaczyc, ze wszelkie tresci przez nas publikowane sa
jedynie wydrukiem slow ich autorow, redakcja niekoniecznie
podziela stanowiska rozpytywanych, czasami wrecz jest im
stanowczo przeciwna. Jednak jako gazeta rzetelna, chcemy Wam
przekazac wiedze ze zrodel wszelakich.

Rodzinom zabitych redakcja pragnie przekazac najszczersze
kondolencje. Ja, jako kobieta, mam nadzieje, ze nasi chlopcy
beda codziennie wracac do domu.

Redaktor Naczelna Periodicusa
inz. Faiga Fausto

W tym numerze:
* Wywiad z Kagainem………………………………strona 1
* Wywiad z Nivatem……………………………….strona 2
* Reportaz Wojenny……………………………….strona 3
* Krajobraz przed Burza…………………………..strona 4
* Z murow wieziennych…………………………….strona 5
. .
. .
| |
| |
o—————————————————————————–o

> przeczytaj strone 1
Zatytulowano: Wywiad z Kagainem

Konflikty zbrojne maja zazwyczaj wiecej niz jedno dno. Potencjal-
nych powodow do rozpoczecia wojny moze byc mnostwo: ziemie, bo-
gactwa, urazona duma, kobieta. Niekiedy powod jest zupelnie
blahy, a potrafi wywolac monstrualna agresje i chec zemsty. Nie
mozna jednak zakladac, ze wina lezy zawsze po jednej stronie.
Dobry dziennikarz bada wszelkie mozliwe zrodla i wyciaga wnioski,
ktorymi dzieli sie z czytelnikiem.
Przedstawiam Wam wywiad z panem Kagainem Delzoun, reprezentujacym
jedna ze stron konfliktu, ktory doprowadzil do Rzezi Skelligan-
skiej.

Faiga Fausto: No wiec jak wlasciwie rozpoczal sie ten konflikt?

Kagain Delzoun: Zamorscy Zakonnicy poprosili mnie pewnego dnia o
pomoc w odzyskaniu mlota z rak Gnshina. Zgodzilem sie, podobnie
jak kilku innych klanowiczow oraz gnomich wynalazcow. Zakonnicy
przybyli wtedy w towarzystwie Tulacza i kilku czlonkow jego
zalogi. Zeszlismy wspolnie na dol, pokonalismy Gnshina z
latwoscia. Jeden z gnomow zabil krola goblinow. Przeszukujac jego
cialo znalazlem kamien, malutki. Zgodnie z tradycja wreczylem go
temu kto zadal ostatni cios wrogowi. Jednak Viris, gosposia
okretowa, zaczela drzec pysk, ze, jak to ujela: 'Chce pierdolony
kamien!'. Tulacz zaczal zadac kamienia, na co odmowilem,
wyjasniajac dlaczego gnom go dostal. Tulacz wtedy stwierdzil, ze
u nich sa inne reguly. Na to odparlem mu, ze nie jestesmy u nich.
Potaktowal to pewnie jako grozbe bo jeszcze przy mnie rozkazal
swej zalodze mnie atakowac przy nastepnym spotkaniu. To byl powod
niemal polrocznej walki miedzy jego zaloga, a mna. Starc bylo
malo, rzadko sie widywalismy, az w koncu przystali na moja propo-
zycje zapomnienia o wszystkim. Jednak po zakonczeniu walk czesto
Korsarze, glownie Tulacz, w mniej lub bardziej subtelny sposob,
prowokowali czy to mnie czy innych klanowych. Tulacz za kazdym
razem byl bardziej pyskaty im wiecej swych paziow mial przy
sobie. Spotykajac go samego byl calkiem malomowny. Trwalo to
jakis czas. Do niedawna. Przebywalem wtedy w Mariborze. Oczekiwa-
lem powrotu Katona, gdyz najwyrazniej gdzies powedrowal. Po
pewnym czasie do karczmy wszedl Tulacz razem z Gortholem. Chcieli
mnie przegonic z karczmy, ale powidzialem, ze mam tam inne cele i
ze nie bede im przeszkadzal w walce. Pozniej dolaczyli do nich
Belmor i Agnar. Z Agnarem zaczalem krotka rozmowe. Spytalem go
czy zechcialby pozniej stoczyc ze mna pojedynek treningowy. Na to
Tulacz wydal im rozkaz zablokowania mnie i spytal, w sposob
wyraznie grozacy, czy moze jednak chce tego teraz. Darowalem
sobie rozmowe w imbecylem. Zostawilem ich na czas walki z
Katonem, ktory w tym czasie powrocil. Po tym jak skonczyli,
wrocilem i spytalem jeszcze raz Agnara o sparing. Tulacz znow sie
wtracil i powiedzial, zebysmy walczyli od razu. Przy okazji, malo
przekonujaco, 'zapewnil' mnie, ze nie beda przeszkadzac. Nigdy mu
ni ufalem i wtedy nie bylo inaczej. Poradzilem mu zeby zostal
komikiem, bo coraz zabawniejszy sie robi. Wtedy tez mnie
zaatakowal. Nastepnego dnia gdy wstalem okazalo sie, ze atakowali
juz kazdego klanowicza. To by bylo tyle w sprawie 'wielkiej
obrazy Tulacza' jaka miala miejsce.

FF: A co moze Pan powiedziec czytelnikom o samej Rzezi Skelligan-
skiej?

KD: Jesli chodzi o samo starcie to niewiele, omdlalem dosc
wczesnie, choc i tak pozniej niz sie spodziewalem. Jednak skroce
wydarzenia przed bitwa. Od jakiegos czasu porozumiewalismy sie ze
Scoia’tael w sprawie najazdu na Skellige. Pora byla ustalona,
miejsce takze. Klany w towarzystwie Hufca stawily sie na czas.
Komanda jednak ni bylo widac. Pozniej zaslyszelismy, ze ruszyli
oni na Lyrie. My nie chcielismy napadac na Lyrijczykow, gdys
dotad nie wspierali Korsarzy przeciwko nam. Oczywiscie bylismy
swiadomi ich obecnosci na Skellige. Jednak czasu mielismy coraz
mniej i wybor byl prosty. Idziemy bez skradajcow, albo wracamy do
Twierdzy. Wiedzielismy czym moze skonczyc sie walka, jednak pol
setki wkurzonych krasnoludow ciezko odwiesc od planow. Poplyne-
lismy na Skellige. Nas bylo okolo 48. W pierwszym starciu wrogow
bylo chyba 33. Jednak przewaga liczebna byla zludna. Nie kazdy
byl wyszkolony i nie kazdy wyszkolony byl silny. Stad taki wynik
bitwy. Pozniej nasze szanse byly juz coraz mniejsze. Ranni
korsarze odpoczywali szybko na wyspie. My ocknelismy sie w
Mahakamie. Ruszylismy jednak z powrotem jako eskorta dla tych,
ktorzy wciaz zyli na wyspie. Udalo nam sie uratowac paru naszych
niedobitkow i wycofalismy sie na dobre. Z tego co opowiadali,
Scoia’tael rowniez przybylo potem na wsype i rowniez poleglo. I
szczerze, nie smuci mnie to. Wypieli na nas dupska, nie dotrzymali
ustalen. Nalezalo im sie.

FF: A co bedzie dalej? Nadal bedziecie sie zabijac? Czy moze
dazyc do pokoju?

KD: Watpie, aby na jednej bitwie sie skonczylo. Teraz naprawde
nie mamy duzo do stracenia. Czy zrobimy to sami czy z Komandem?
Gdyby ode mnie to zalezalo, to nie chcialbym juz widziec
Scoia’tael na oczy. Pewnie nie ja jeden tak mysle. Jednak sam o
tym nie decyduje. Co bedzie to bedzie, poddac sie nie zamierzamy.

FF: Dziekuje za szczegolowe informacje. Na koniec pytanie stan-
dardowe. Panskie ulubione jadlo i napitek?

KD: Sledz marynowany i rum. [odglos rubasznego chichotu]

FF: Dziekuje za wywiad.

> przeczytaj strone 2

Zatytulowano: Wywiad z Nivatem

Niestety nie jestesmy w stanie przedstawic pelnego, obiektywnego
obrazu sytuacji, ktora doprowadzila do Rzezi Skelliganskiej,
gdyz Korsarze odmowili komentarza na ten temat, tlumaczac sie
kwestia obronnosci wyspy. Aby wiadomosci przez nas podawane byly
jak najrzetelniejsze, postanowilam przeprowadzic jeszcze jeden
wywiad. Oto slow kilka od Nivata, zolnierza Ochotniczego Hufca
Mahakamskiego.

Faiga Fausto: No wiec bez zbednych formalnosci – czy moze mi
kuzyn opowiedziec, jak caly konflikt sie rozpoczal?

Nivat: No to bylo tak… Pewnego razu na poczcie w Carbon
spotkali sie Klanowi i Korsarze. Na tej to poczcie doszlo do
sprzeczki miedzy Kagainem i Korsarzami… Z czego powstal ten
konflikt. No i jako Klanowi, podjeli walke, a jak! Byly potyczki
mniejsze i jeszcze mniejsze.

FF: A o co wlasciwie ta sprzeczka?

N: O jakis banal. Z tego co slyszalem, to Kagain zbyt duma sie
uniosl. Czy cus takiego.

FF: Jak to sie stalo, ze postanowiliscie taka kupa, ze tak to
ujme, pojsc na Skellige?

N: Stalo sie tak, gdyz musimy dbac o dume Masywu Mahakamskiego!
Nie mozemy dopuszczac do jakichkolwiek atakow na nasza spolecz-
nosc, musimy sie wspierac i dzielnie bronic ramie w ramie
naszych terenow! Poza tym my, krasnoludy, umiemy doskonale
docenic swoich przeciwnikow… Wiemy, ze sa oni silni i godni
walki. Jakby Klanowi poszli sami, albo Hufiec sam sie udal, to
zostaliby rozgromieni doszczetnie…

FF: A co ze Scoia’tael? Podobno nie doszli?

N: Z tego co wiem, to poszli oni zalatwiac swoje sprawy… Miast
isc z nami – poszli spalic garnizon Lyryjczykow, co i tak im nie
wyszlo… Ale doszli… Ino potem, gdy juz conajmniej 3/4
naszych leglo gdzies obitych wsrod nieprzyjaznych terenow Ard
Skellige.

FF: No dobrze, a co kuzyn moze mi powiedziec o przebiegu Rzezi?

N: Rzeznia byla niesamowita… Na polnocnej przystani w
Novigradzie bylo czuc atmosfere skupienia, kazdy ostrzyl bron
czy polerowal zbroje… Wszyscy gotowali sie do walki. Bylismy
jak wulkan ktory mial zaraz wybuchnac. Razem z nami chcieli
wsiasc czlonkowie VII Brygady… Lecz gdy zobaczyli nasza sile,
czmychneli od nas… My – choc juz dostatecznie nabuzowani
adrenalina – postanowilismy ich nie atakowac. Gdy zeszlismy,
ostatki cywilow barykadowalo sie w swoich domostwach… W koncu
wszystko ucichlo… Tak, ze bylo slychac tylko szczekot zbroi
naszych dzielnych wojakow! Mijaly nas kolejne patrole gwardii,
ktora to byla obojetna. Na pomoscie zebralismy sie kilka
szeregow i rozpoczal sie krotki apel – rozkazy od dowodztwa, co,
jak i kogo, ze tak to ujme. Po apelu postanowilismy zaglebic sie
w teren wroga. Obili mnie, ale zabrali z pola walki, wycofalismy
sie… Nastepne potyczki. Lamiaca sie bron. Niszczace sie
tarcze. Krew. Bol. Krzyki. Smierc Chaos kuzynko, chaos! Starcia
byly coraz bardziej zawziete, coraz bardziej krawe… Obfitujace
w trupy… Niestety… Wiekszosci w nasze trupy! Pokonali nas…
Zrozumielismy to… Poczelismy sie szybko wycofywac do portu…
Akurat byl statek… Kto mogl doszedl sam i wzial rannych, kto
nie mogl, to go zabrali… Wrocilismy do masywu.

FF: Jakies spektakularne, warte opisania czesci walki?

N: Spektakularna czesc walki to byl jej sam poczatek, wtedy
wszystko bylo najbardziej krwawe, wtedy najwiecej poslalismy,
jak i oni poslali w piach… Trza przyznac, ze Tulacz mial glos
do rozkazow… Glos naszego Dowodcy byl prawie niedoslyszalny…
Chyba nikt nie mogl zrozumiec jego rozkazow w ferworze tej
walki…

FF: I co bedzie dalej? Wojna? Pokoj?

N: Szykuje sie wieksza operacja, rozne oddzialy zbieraja sie w
okolicach twierdzy. Zdania sa podzielone… Ale oczywiscie
wojujemy dalej! Stawiamy dzielnie opor, Korsarze atakuja Carbon,
ale my ich skutecznie odganiamy i bedziem to robic. Sadze tez,
ze znowu sie zbierzemy i tym razem im dokopiemy! Podlug mnie to
oni musza zginac… WSZYSCY!

FF: Rozumie kuzyn, ze taka deklaracja na lamach gazety nie moze
wrozyc nic dobrego?

N: Takie jest nasze stanowisko, bedziemy bronic Mahakamu,
dopoki te Korsarze nie przestana najezdzac naszych ziem!
Dobrze, ze jeszcze do nas statkiem gdzies nie zadokowali…
Znaczy gdzies w Masywie.

N: A zapomnialem dodac, ze jeszcze przeciez jednak Komando
przyplynelo. Podczas gdy wiekszosc naszych szeregow zostala
rozgromiona, przyplyneli…

FF: Duzo ich bylo?

N: Kolo 20. Nie pamietam dokladnie… Lezalem wsrod rannych juz
wtedy. Widzialem statek katem oka. Jak wplywal do portu, z dala
mozna bylo. rozpoznac te smukle sylwetki. Przyplyneli… „W
odsieczy”. Ha! W odsieczy… Jezeli tak to mozna nazwac… Bo
jak juz mowilem, wiekszosc naszych byla juz niezdolna do
walki… Wyszli ze statku… No niestety… Im sie tez nie
poszczescilo. To juz w zasadzie wszystko co pamietam. Jeszcze
jakies pytania?

FF: Nasze standardowe. Ulubione jadlo i napitek?

N: Destylat jako napitek, a jadlo to wszystko co w naszej
gospodzie kolo poczty tutaj w Craag!

FF: Zupe chlebowa macie genialna z tego co pamietam.

N: Ano, pyszna.

FF: Zglodnialam nieco, jeszcze przed powrotem odwiedze Wasza
karczme. Dziekuje za wywiad.

> przeczytaj strone 3
Zatytulowano: Reportaz Wojenny

Dzien 22 stycznika roku osmego, wg znormalizowanej
przez gnomy rachuby czasu, przejdzie stanowczo do
pamieci. Tego dnia Matka Ziemia wydala z siebie
jek bolu. Tego dnia przez kazda zywa istote
przeszedl dreszcz emocji i niepewnosci. Tego dnia
odbyla sie jedna z najwiekszych bitew w historii
Swiata, a morza nabraly rubinowej barwy.
Zjednoczone sily mahakamskie, w liczbie do tej
pory niezliczonej, zapuscily sie na brzeg jednej
z wysp archipelagu Skellige. Anonimowi
informatorzy twierdza, iz dowodzacy eskapada
zaryzykowali wczesniejszy desant – w planach
mianowicie, misja miala byc wypelniona ze
wsparciem Komanda Scoia’tael. 'Wiewiorki', jak
nazywa sie te organizacje powszechnie,
zdecydowaly sie jednak na wczesniejsza probe
zdobycia prawie pustego garnizonu VII Brygady
Armii Lyrijskiej. Gdy partyzanci Aelirenn
walczyli w Scalli, polaczone sily wszystkich
statkow korskarskich oraz wspomnianej Brygady z
Lyrii, zorganizowane wczesniej na wyspie,
zaatakowaly z wyprzedzeniem armie Klanow i Hufca.
Naoczni swiadkowie, glownie tamtejsza ludnosc,
oceniaja, ze Mahakamczykow bylo wiecej, ale wobec
zaskoczenia, jakim ich potraktowano, przewaga
ta znaczaco spadla. 'Widzialem niejedno bitke.
Najlepszo obrono jest atak! Tak mnie pradziad,
wojak jakich mao, uczyl.' – dodaje Matti
Hautameksson, lat 83. Wedlug wstepnych ustalen w
pierwszych starciach wojska mahakamskie
uszczuplily sie az o 90%, zabierajac ze soba w
zaswiaty tylko 20% obroncow wysp. 'Jatke zrobili
nasi, ot, co' – twierdzi rdzenna mieszkanka Ard
Skellige, Svenna Erikson (44). Sprawy mogly zmienic
swoje oblicze, gdy lesni partyzanci dotarli na
miejsce bitwy, niemniej Korsarze i zolnierze Armii
Lyrijskiej byli przygotowani i na druga ofensywe.
Nasze zrodla informacji podaja, iz przyczyna
kolejnego sukcesu obroncow byl znowu element
zaskoczenia. 'Wiewiorki' zostaly zaatakowane tuz
po tym jak wyladowali na brzegu wyspy. Po
ofensywie z udzialem Scoia’tael bilans strat dalej
miazdzacy dla atakujacych. Nastroje na wyspach
archipelagu Skellige radosne. Ludnosc cywilna
wiwatuje na widok swych wojownikow, a wieczorami
hucznie swietuje. Calymi dniami mlodzi
Skelliganczycy graja w zupelnie nowa gre: 'Zlap
krasnoluda za brode'. I nikt nie chce byc
krasnoludem. W Mahakamie natomiast nastroje inne
niz moznaby sie spodziewac. Kazdy napotkany z duma
patrzy na flagi falujace na wietrze i w milczeniu
wspomina wszystkich poleglych. Weterani, zapytani
o bitwe, pociagaja z gosiorka solidny lyk,
wycieraja brode w rekaw (w 1/3 przypadkow pusty,
zwazywszy na brak reki) i opowiadaja: 'Mozliwosc
uczestnictwa w tak wielkiej bitce, w siekaniu
wrogow tuz obok mych braci, w wspolnym odspiewaniu
hymnu Mahakamu jest dla mnie wielkim zaszczytem i
powtorzylbym to jeszcze sto razy' – mowi jeden z
czlonkow Klanu Mahakamskiego, proszacy o
anonimowosc. Jednak wedlug przeprowadzonej ankiety
wsrod mieszkancow Redanii i Temerii 90%
respondentow uwaza, ze akcja przeprowadzona bez
wsparcia Komanda byla samobojstwem dla Klanow i
Hufca. Obecnie wojna nabrala nieco spokojniejszego
tempa. Co jakis czas Korsarze urzadzaja szybkie
najazdy na gore Carbon nekajac glownie Klanowych.
Ochotniczy Hufiec Mahakamu wspiera kuzynow i braci
jak moze, acz sily ma wyraznie przetrzebione.

Z.F.

> przeczytaj strone 4

Zatytulowano: Krajobraz przed Burza

Swoj los majac za nikczemy, posluchaj barda. Zapytasz,
dlaczego barda? On Twoj los bezprawia wykpi, wyszydzi,
porownujac do prawa.

Swoj los majac za prawy, posluchaj barda, zapytasz,
dlaczego barda? On Twoj los bez skazy od czci odsadzi
i zakpi z twej nieprawosci.

Czym wiec rozni sie od kaplana zakazany grajek?
Szczeroscia. Jesli nia wzgardzisz, glupis po stokroc.

Rozprawy Cannarda z Filozofem, flasza V

Za gorami, za lasami, w miescie zwanym Nowym Grodem spotkal
raz grajek hanze zacna. Nie bylo trzeba dwoch, ni trzech
spojrzen, by wiedziec szarpidrutowi, ze taka ekipa ino na
wojne isc musi, nie na ogrodka pielenie. Zatrzymal sie wiec
bard, znecony ciekawoscia.

– Zagraj co ku pokrzepieniu serc! Zdaj wiare z tegos cos
widzial i idz z nami by opiewac nasze uczynki!

Zdawalo sie grajkowi uslyszec w tumulcie. Natenczas trubadur,
starej szkoly uczon, wiedzial, ze takiej prosbie, ludu na
smierc i zycie idacemu odmowic nie lza. Popedzil zatem na
raczym Pegazie do Oxenfurtu aby tam nuty do piesni
odpowiedniej dopasc. Nie zalujac Pegaza ni tchu powrocil do
zacnej hanzy.

I poczal grac, naiwny minstrel, piesn co ku pokrzepieniu serc
co miala isc w dusze krasnoludzkich i gnomich wojow, jak
i ich wspolprzymierzencow. Wiedzal bowiem grajek, ze odmowic
w takiej chwili byloby dyshonorem dla niego, jak i calej
braci truwerskiej.

Stalo sie i tak, iz mimo, ze piesn proszona byla, spotkala
sie z „glupota”. Bard zostal zbluzgan i wykrzyczon podlymi
slowy. Kilku nieprawych synow Mahakamu godzilo sie plwac na
tradycje Carbonu. Carbonu, ktory zrodzil tak zacnych bardow
jak Camaris Draco, Mimi Ori, Hiir, czy wielu innych, podle
ktorych pergaminu by nie stalo by ich wymieniac. „Jakze to
oni, synowie ich synow moga nie znac starych prawd? – wdarlo
sie w mysl grajkowi, gral jednak dalej ku chwale wiekszosci.

Kilku owych Synow Mahakamu uznalo, ze tradycja niewarta jest
szacunku, ze barda mozna obrazac i wyzywac. Uznali, ze godne
to i woja by zachowac sie jak wieprz. Cos, czego doroslemu
i spelna rozumu mahakamczykowi nie przystaloby do glowy, po-
prosic o piesn i za nia skarcic? „Podlym sukom tako czynic,
nie kranoludowi Makakamu” – jak powiedzial ongis pewien
weteran krasnoludzki.

Tako sie stalo. Bard pod grozba topora wyproszony zostal.
Znajac swoj fach nie od wczoraj, wytarl jeno buty od tchorzem
podszytych spluniec. Otarl zadek od kopnakow gowniarzy co to
zwykle przy prawdziwym wojsku sie paletaja. Nic nowego.

Splunal jeno, na zly Los co go sprowadzil na tchorzliwy tlum.
Przyjal grzecznie dar od tych krasnoludow, ktorym wstyd bylo
za innych. Wyznawal bard w duchu swym nadzieje, ze ci tam co
na niego topory i obelgi wznosili to jeno marne wypryszcze,
nie warte wzmianki, na zdrowym ciele Mahakamu.

Poszedl w swoja strone zwad wiecej nie szukajac. Bo coz on
mogl – marny bard. Mogl jedynie wspomniec to i owo, ze jesli
tak nerwowi to im pisane kozy doic, kwiatki zbierac, czy inny
haft uprawiac. Bo to ponoc zlosliwy bard byl i nie lubowal
widoku pelnych portek jeszcze przed bitwa. Szkoda mu bylo ino
zacnych wojow, co w tym smrodku stac mus bylo potem.

I stalo sie tak pozniej, ze lud mahakamski polegl solidnie
a krwawo na wyspach, gdyz „pech” chcial, ze elfie posilki
przyszly przypadkowo zbyt pozno. Przypadkowo i pechowo. Jak to
mawiaja starzy bardowie: „Marny los wzywaja ci, co plwaja na
Tradycje Wlasna i Bardow. Plwaja na siebie i Los – a Los tego
nie lubi.”

Byc moze tym co zbeszczescili swa tradycje, nie opowiadaczowi
jest dane osadzac, lecz mowi tez przyslowie, ni krasnoludzkie,
ludzkie, czy elfie. znane od lat:

„Szukasz pecha, obraz barda.”

Ale coz… Pech zdaza sie kazdemu… Prawda?

> przeczytaj strone 5
Zatytulowano: Z murow wieziennych

Co czuje wiezien przesiadujac calymi godzinami w zimnej,
ciasnej celi? Jakie wowczas mysli zaprzataja mu umysl? A co z
tymi, ktorzy skazani zostali na stryczek i oczekuja na
wykonanie wyroku? Szukajac odpowiedzi na te i wiele innych
pytan udalem sie do mariborskiego wiezienia.
Stare, odrapane mury nie zachecaja do odwiedzin wiezniow. Po
dosc nieprzyjemnej rozmowie ze straznikiem udalo mi sie wejsc
do srodka. Natychmiast otoczyla mnie ponura atmosfera tego
miejsca. Zaintrygowaly mnie napisy wyryte przez wiezniow na
scianach cel wieziennych. Niektore z nich to skroty, inne
– wyznania milosne, zwierzenia, badz teksty pozbawione jakiego-
kolwiek sensu. Musze przyznac, ze rozszyfrowanie pewnych
skrotow sprawilo mi niemala trudnosc. Rozmawialem z kilkoma
wiezniami, doglebnie przemyslalem sens wszystkich slow i mysle,
ze ostatecznie udalo mi sie odgadnac znaczenie niektorych
skrotow. Zaczne od tego, ktory zdecydowanie najbardziej mnie
zainteresowal: „Pozdrowienia z wiezienia. CHWDP”. Osoba, ktora
wydrapala na scianie te pozdrowienia nie przejmowala sie faktem
przebywania w wieziennej celi, a skupila rozwazania na
dociekaniu, dlaczego sie w niej znalazla. Mowi nam o tym skrot,
ktory zastosowala: CHWDP – Chronologia Wydarzen Doglebnie
Przemyslana. Wsrod wiezniow spotkac mozna wielu desperatow. Ich
wysoki wskaznik desperacji obrazuja napisy „KOCHAM TESCIOWA”
czy „ZonaMnieZabijeJakSieZnowSpoznie”. Wszystkich zdesperowa-
nych i gotowych nawet na kopanie tunelu mala lyzeczka zdecydo-
wanie przed tym ostrzegam. Jeden ogr znalazl w niej inne zasto-
sowanie: „Moj tsymal tom lyske f…”. Propozycje handlowe
znalazly sie rowniez wsrod napisow: „Sprzedam biblie z autogra-
fem”. Niestety do tej pory nie udalo mi sie ustalic czym jest
owa biblia, ale podejrzewam, ze to jakas tajemna ksiega
magiczna. Niektorzy wine za swoj wyrok zrzucali na innych,
twierdzac ze: „Wszystkiemu winni sa liberalowie”, inni probowa-
li sie usprawiedliwiac: „Tylko ryba nie bierze”. Byli i tacy,
co przyznawali sie do winy: „Tym chata bogata co ukradnie
tata”. Wyglaszanie swoich hasel stalo sie tu czyms na porzadku
dziennym: „Dobry elf to martwy elf!”, Niepodlegla Sartosa”.
Wiezniowie podzieleni byli na grupki i konkurowali ze soba.
Kazdy nowy skazaniec pytany byl „grypsujesz czy jestes
frajerem?”. Wszyscy jednak zgodnie przyznawali, ze nie znajduja
sie w najdogodniejszej sytuacji, niestety „wpadla sliwka w
kompot”. Ci, ktorzy wieziennych murow mieli juz nie opuscic
zdecydowali sie wyznac swoje uczucia: „Kocham Elanera!”,
„Kocham Grouma L.”. W ciemnych katach skryci w cieniu siedzieli
ci, dla ktorych nie bylo juz nadziei. Bez wzgledu na rase i
wczesniejsze uprzedzenia siedzieli w spokoju. Zjednoczeni swoim
losem. Jeden z nich wyryl na murach fragment wieziennej
piosenki: „Tancza na stryczkach wisielcy…”